środa, 20 kwietnia 2011

Sardynia '11 - odc.1

Relacja z Sardynii nabrała wreszcie "mocy ustwowej" ...

Bilety na Sardynię, kupiłem na pierwszy możliwy termin. Akurat 28 marca 2011r. linie Ryanair, rozpoczęły bezpośrednie loty na trasie Kraków-Cagliari. Nie do końca byłem tego świadomy, więc moje zdziwienie na lotnisku było jak najbardziej uzasadnione.


Siedząc na sali odpraw, zauważyłem małe poruszenie. Wnoszą wielki stół, zastawiają go szampanem i napojami, stawiają wielki tort, w który wbijają flagi krakowskiego Portu Lotniczego, Ryanair'a oraz Sardynii. Myślę: - Ha !! Świętować se będą !! No to poświętuję razem z nimi !! Inni pasażerowie nie byli tacy chętni do świętowania i ustawili się w kolejce do odprawy. Mała grupka osób została i się doczekała. Ryanair przygotował przyjęcie z okazji uruchomienia nowej trasy. Jakoś, tak przyjemnie się zrobiło ...


Flaga Sardynii zawsze mi się podobała. Postanowiłem zdobyć ... Po chwili zastanowienia zdecydowałem, że zdobędę ją później, przecież jest podobno wszędobylska. Jak czytałem wisi wszędzie, w każdym domu, na każdym skrzyżowaniu itp itd. Sardyńczycy lubią się nią afiszować ...


Pierwszą noc spędziłem oczywiście na lotnisku. Przez nikogo nie zaczepiany, zwiedziłem lotnisko, umyłem się i położyłem spać. Rano zaczęły się pierwsze kilometry ...



Zwiedzanie stolicy postanowiłem zostawić na koniec, na ostatni dzień. Szybko więc przejechałem przez miasto zatrzymując się jedynie przy eleganckiej promenadzie. Kierunek Villasimius. Początek jest super, zero górek, szybkie tempo jazdy. W miasteczku robię sobie przerwę na obiadek. Jak sie później okazało, przez cały pobyt, podstawą mojego wyżywienia były bułki i żółty ser - koniecznie sardyński. Jako dodatek strzelające pomidorre i nic mi więcej nie potrzeba ...



No dobra. Prawie "nic mi więcej nie potrzeba" ;) Zapomniałbym o piwie. Kupuję przysmak narodowy czyli Ichnusa i jako, że trochę nieufny jestem, poprawiam Peroni. To miał być mój "wentyl bezpieczeństwa", gdyby sardyńskie okazało się beznadziejne, miałem w zanadrzu włoskie. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie ;) Praktycznie wszystkie, wyspiarskie wyroby jakie próbowałem były znacznie lepsze od pozostałych. Jedynie te ceny ... piwo 0,66l - 1,2 €, ser żółty - 12 €.


Pierwsze, dzikie obozowisko rozbijam w okolicach miejscowości Muravera, po przejechaniu 110 km. Znalazłem, rzadko spotykany kawałek, nieogrodzonego pola, oddzielonego od ulicy drzewami oraz gęstymi krzakami. Rozłożyłem namiot i zaczynam się luzować. Odgłosy ulicy mi nie przeszkadzają, rzadko jeżdżą tu samochody. W oddali słyszę dzwoneczki ... Myję się zdobytą gdzieś po drodze wodą, wskakuję do namiotu, rozbieram się. Dobranoc ... Jeszcze dobrze nie usnąłem, słyszę jakąś rozklekotaną Vespę. Podjeżdża do mnie właściciel poletka. Otwieram namiot, mówię "Buongiorno" i pytam grzecznie i z uśmiechem: - No problemo ?? W odpowiedzi słyszę jeszcze bardziej uśmiechnięte "no problemo". Próbujemy chwilę porozmawiać. Gość mówi coś po swojemu, ja do niego - no capito. Pyta skąd jestem. Polako - słyszy w odpowiedzi i uśmiecha się jeszcze bardziej niż wcześniej. Papa - mówi - Papa Giovanni Paolo II. Całkowicie zniknęła u niego nieufność, rozluźnił się i gada, gada, gada ... Widzi, że nie rozumię, ale dalej się uśmiecha i gada. Widzę po nim, że jest szczęśliwy. Na odchodne udaje krowę i pokazuje, że rozbiłem się pomiędzy "minami". Mówię, że no problemo, On że dla niego no problemo, ale dla mnie problemo. Potwierdzam, po raz kolejny, że dla mnie no problemo i się żegnamy. Wskakuje na swój wysłużony motorower i oddala się. Znowu kładę się spać i rozmyślając o wcześniejszym spotkaniu, mój mózg nie odnotowuje coraz głośniejszych, zbliżających się w moją stronę dzwoneczków. Dopiero gdy wchodzi we mnie stado baranów, krów i byków zdaję sobie sprawę co miał na myśli mówiąc "problemo" ;) Udało mi się przeżyć i wyjść z tego bez szwanku, ale następnym razem gdy tylko usłyszałem dzwoneczki ...




Rano, szybko zwijam obóz i jadę dalej. Dzisiejszy dzień jest bardzo męczący. Zaczęły się górki. Niby nie duże, ale ze stromymi podjazdami. Jako, że to początek mojego sezonu, to kondycja jeszcze nie ta ... Dzisiaj też lepiej poznaję charakterystykę wyspy - po obu stronach ulicy, trudno znaleźć jakikolwiek kawałek miejsca na rozbicie namiotu - wszystko jest ogrodzone, a bardzo duże odległości pomiędzy otwartymi sklepami - nawet 60 km, nie są czymś rzadkim. Z obu tych powodów, pomimo górkowego wyczerpania jadę dalej. W Tortoli robię wreszcie zakupy, wypijam półtora litra napoju za jednym zamachem, zjadam obiad i rozglądam się za noclegiem. Niestety wszystko ogrodzone. Zdesperowany zajeżdżam na kemping ... oczywiście nieczynny. Ale furtka otwarta ... rozglądam się wkoło, jak jakiś złodziej i idę ... podchodzę do budynku recepcji ... wychodzi do mnie kobieta i tłumaczy, że zamknięte i nie ma w okolicy nic czynnego. Mówię, że jestem wyczerpany, pytam czy mogę rozbić tylko namiot, na jedną noc. Odpowiada, że jeśli wyjadę przed dziewiątą to nie widzi przeszkód ... WOW !! Dziękuję !!




W większości jadę mało uczęszczanymi, bocznymi drogami. Dzięki temu poznaję malutkie, urokliwe miasteczka. Porównując do Polskich, nie są bogatsze, ale z całą pewnością są bardziej uśmiechnięte. Wszędzie widać ścienne malowidła, upiększające i ożywiające te małe miasteczka. Dzięki nim, ludzie nie są tacy smutni. Wyciągam aparat, fotografuję. Za chwilę woła mnie właściciel knajpki, zaprasza na kawę - darmową. Rozmawiamy trochę po Polsku, trochę po Włosku, trochę po Angielsku ... ale i tak najlepiej rozumiemy się dzięki gestom i wymachiwaniu rękami - to taki uniwersalny język ;)




No i na zakończenie tej części, krótka opowieść o mojej bezkresnej głupocie ;)

Sardynia słynie z monolitycznych budowli zwanych nuraghe. To kamienne wieże budowane w starożytności i używane jako fortyfikacje obronne. Jest tego mnóstwo. Zatrzymuję się przy pierwszym napotkanym i wiem, że to oczywiście bunkier z czasów II Wojny Światowej. Patrzę na mapę, a na mapie jest to oznaczone jako atrakcja i podpis Nuraghe jakieśtam. Zaczynam więc wątpić czy to na pewno bunkier. I tak w kółko przy czterdziestu kolejnych ;) Nuraghe czy bunkier, bunkier czy nuraghe ... itp itd. Teraz, patrząc na zdjęcia wiem, że przy każdej wątpliwości były to ... bunkry z II WŚ !!



PS. Niby od razu widać zbrojenie. Więc skąd te wątpliwości ??

wtorek, 19 kwietnia 2011

Rodzinne rozpoczęcie sezonu 2011.

W sobotę rozpoczęliśmy rodzinny sezon rowerowy 2011. Trasa nad Zalew Zemborzycki zaliczona ;)

Mogliby wreszcie zalegalizować przyczepki ...

... szczególnie, obserwując tak wysoki poziom zadowolenia u dziecka ...

Ariadna przeszła samą siebie ;) Przejażdżka bardzo jej się spodobała. Całe dziesięć kilometrów w jedną stronę pokonała bez żadnego zatrzymania i nawet najmniejszego foszka. Do przyczepki podeszła z wielkim zaufaniem, gdy ją tylko zobaczyła, od razu zaczęła się do niej pchać. Aż takiej uległości się nie spodziewaliśmy ... Droga powrotna była równie miła i przyjemna.

... utrzymujący się, nie tylko chwilę po przejażdzce ...

... a przez całą sobotę, spędzoną na świeżym powietrzu.

Największym problemem okazuje się oczywiście polskie prawo. Ciągnięcie przyczepki rowerem jest zabronione. Może się to niedługo zmienić, ale prace nad nowelizacją ustawy trwają od 2009 roku ... Ciekawe dlaczego istnieją takie ograniczenia, skoro są co najmniej dwa wielkie powody ZA ?? Bezpieczeństwo dziecka w przyczepce jest nieporównanie większe niż w foteliku, oraz ... przejażdżka taka powoduje silny stan euforyczny, a o ile wiem, wydzielanie endorfin nie jest jeszcze zakazane ;) Pozwólmy się więc dziecku cieszyć, a rodzicom "odpoczywać" finansowo ... bez mandatu !!

Niśka, na placu zabaw ...

... również wpadła w euforyczny trans ...

... tyle, że jej, wiele do szczęścia nie potrzeba ...

... wiecznie jest szczęśliwa i zadowolona ;)

Łącznie przejechaliśmy ponad dwadzieścia kilometrów. Długa była to przejażdżka, prawie cztery godziny. Godzina w jedną stronę plus dwie na placu zabaw. Jak to się mówi "małymi kroczkami" ...

Dobrze, że Niśki Komunia zbliża się wielkimi krokami. Może wreszcie będzie nowy rower ... chyba tylko ON, jest w stanie zapewnić jeszcze większe zadowolenie z rowerowania i może nadać nowy sens naszym wyprawom ;)

sobota, 26 marca 2011

W 90 dni dookoła świata - ostatnie zadanie konkursowe.

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami żył sobie wielki wódz „Mały Niepokój” - Tcherpaq. Pewnego razu, wsiadł na rower ...



W dziewięćdziesiąt dni dookoła świata .... Ha !!
Nawet Lenin i Stalin byliby ostrożniejsi w swoich planach i rozkładali to na realne pięciolatki. No właśnie ... ja jestem jeszcze ostrożniejszy i rozłożyłem to na lat piętnaście.

Kilka lat temu wyruszyłem w podróż dookoła świata. Ze względów czysto finansowych, podzieliłem ją na wiele etapów. Wiele już za mną, ale jeszcze więcej przede mną. Plan zakłada, że uda mi się ją zakończyć za ... lat dziesięć.

Konkursowe dziewięćdziesiąt dni, pozwala mi zagęścić ruchy i pięć lat zrealizować w krótszym terminie. Spróbuję więc przybliżyć, swoje mocno oddalone plany podróżnicze, jednocześnie wyjaśniając przydługawy termin ich realizacji.

Po pierwsze primo, jak już wcześniej pisałem - finanse. Wiadomo, że z pustego to i ... Salomon nie naleje.

Po drugie primo - środek transportu ... oczywiście rower. Tylko on, jest w stanie zapewnić mi odpowiednie emocje podczas podróży. Jestem powolny. Rower jest idealnym „złotym środkiem” pozwalającym mi zachować żółwie tempo, które ściśle powiązane jest z atrakcyjnością przemijającego świata. Piechotą za długo, mechanicznymi środkami transportu za krótko ... i za łatwo !!

Po trzecie primo - moja wielka podróż trwa tylko zimą i (zdarza się), że jesienią. Lato jest zbyt atrakcyjne w Polsce, aby gdzieś wyjeżdżać.

Po czwarte i najważniejsze primo - KOCHAM TO !!

A więc - LET’s GO !! SHOW MUST GO ON !!

Podróż będzie podzielona na trzy etapy.

Etap I

Początek mojej wyprawy to historyczny Konstantynopol. Miasto gigant, położone w Europie i Azji jednocześnie. To mój symbol kontynuacji podróży - jednym kołem na dobrze znanym, drugim kołem na obcym kontynencie. Dwa dni później, po zwiedzeniu Stambułu, kompas blokuję na kierunku wschodnim. Po ośmiuset, rowerowych kilometrach docieram do najbardziej niesamowitego miejsca na świecie, oferującego komercyjne loty balonem. Kapadocja to zupełnie inna planeta - domy i kościoły wykute w tufowych skałach, Dolina Miłości, Dolina Wyobrażni, skalne miasto - Uchisar, podziemne miasto - Kaymakli ... Po zrobieniu się w „balona”, sposobami mieszanymi (autobus, pociąg, ciężarówka) docieram do granicy z Syrią.
Podróż po Syrii rozpoczynam w Aleppo. Miasto ma za sobą długą historię, ponad 3800 lat. Do zwiedzenia mam tu : cytadelę Kalat Halab, karawanseraj, wielki suk, kamień Abrahama i wiele innych. Na zakończenie, obowiązkowa wizyta w łaźni tureckiej. Dalej droga, prowadzi mnie ku plażom m. Śródziemnego. Drogą wzdłuż wybrzeża jadę od portu Latakia, do portu Tartus. Do Damaszku docieram omijając Liban. Po drodze muszę odwiedzić Krak des Chevaliers – wspaniały zamek krzyżowców, bardzo ważny punkt obrony chrześcijańskich rycerzy podczas krucjat. Jest to najlepiej zachowany zamek na Bliskim Wschodzie.
Damaszek - uważany jest za najstarsze, nieprzerwanie zamieszkałe miasto świata. Ponad 5000 lat ... Tu dopiero jest co zwiedzać ... Mauzoleum Saladyna, suk al-Hamidijja, czternastowieczna cytadela, pozostałości świątyni Jowisza (III w. p.n.e.), Pałac Azima, Muzeum Narodowe ... oraz najważniejsza świątynia Syrii - Wielki Meczet Umajjadów. To najstarsza budowla w mieście. Przechowywane są w niej relikwie św. Jana Chrzciciela. W mieście zostaję trzy dni. Ostatniej nocy, paląc fajkę wodną w najstarszej kawiarence Damaszku – an-Nawfara, żegnam się ze stolicą.
Opuszczając Syrię zajeżdżam jeszcze do Bosry. Jest tu znakomicie zachowany teatr rzymski z II w. mieszczący 15 tysięcy widzów.
Kolejna granica, kolejne państwo - Królestwo Jordanii. To chyba najspokojniejsze, najbezpieczniejsze i najbardziej przyjazne turystom państwo arabskie - zaskakuje życzliwością, a Beduini biją rekordy gościnności. Znajdują się tu, dwa najsłynniejsze symbole Bliskiego Wschodu: wykute w różowej skale, antyczne miasto Petra oraz zapierająca dech w piersiach sceneria najpiękniejszej pustyni na świecie - Wadi Rum. Na koniec tego etapu, malowniczą Autostradą Królewską wracam do Ammanu - stolicy Jordanii. Warte zobaczenia są : rzymski amfiteatr, kolumnada, forum, rzymska cytadela z punktem widokowym. Niedaleko miasta, znajduje się międzynarodowe lotnisko, z jednym pożądanym rejsem ...

Czas podróży - trzydzieści dni. Rowerem do pokonania, około 2 tysiące kilometrów.

Przelot Warszawa - Stambuł - 300 €
Osiem noclegów w hotelu - 30 € / doba
Kieszonkowe - 25 € / doba.
Przelot balonem Kapadokya Ballons - 230 €
Autobusy, pociągi, wyżywienie, bilety wstępu, pozostałe noclegi ... pokrywane z kieszonkowego.
Amortyzacja roweru - 99 €

Potrzebne wizy: Turcja, Syria, Jordania.

Etap II

Był Bliski Wschód, teraz czas na Indochiny.

Z Ammanu dokonuję teleportacji do ... Bangkoku. Jak to mawia moja matka - Jeszcze tam Cię nie było ??!! Ale ciii ... nie musi o tym wiedzieć.

Czy wiecie, że Bangkok to „Miasto dzikich śliwek” i jest wpisany do Księgi Rekordów Guinnesa ?? Jego pełna nazwa to - กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์, lub jeśli ktoś woli - Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit i bardziej zrozumiale - Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu ... ufff ... 21 słów ... niesamowite !! Jest to najdłuższa nazwa geograficzna świata.
Piękne miasto pozornego chaosu ... wszerz i wzdłuż poprzecinane kanałami - Wenecja wschodu ... pływające targi ... wodne tramwaje ... Stare Miasto Królewskie, na sztucznie utworzonej wyspie Rattanakosin z największymi skarbami Bangkoku : Wielki Pałac i Świątynia Szmaragdowego Buddy, Muzeum Narodowe, Galeria Narodowa ... świątynia Wat Traimit, gdzie znajduje się 3 metrowy Złoty Budda odlany w XIII wieku - największy na świecie szczerozłoty posąg ... Bangkok to: 400 bogato zdobionych, buddyjskich i hinduistycznych świątyń ... niesamowita China Town ... Muzeum Królewskich Barek ... Muzeum Królewskich Słoni ... farma krokodyli ...
Jedyne co może przeszkadzać w Bangkoku to tysiące zapachów, z których słynie ... niestety, brak wśród nich zapachu fiołków
Następny większy przystanek na mojej drodze to stolica Kambodży - Phnom Penh. Jest tu kilka atrakcji : Pałac Królewski, Srebrna Pagoda (Wat Preah Keo) - świątynia ze skarbcem narodowym, Muzeum Narodowe czy ... Pola Śmierci - będące „pamiątką” po rządach Pol Pota i Czerwonych Khmerów. Kogokolwiek zapytam: - Kim są Khmerowie ?? Odpowiada : - Ludobójcy, gorsi od faszystów !! Mordercy !! ... A kim są naprawdę ?? Khmerowie, to po prostu naród zamieszkujący Kambodżę, tak jak Polacy mieszkają w Polsce, tak ... Nazwa własna, niestety kojarzona z latami terroru i władzy Czerwonych Khmerów. A ci mają z Khmerami tyle wspólnego co krzesło elektryczne ze zwykłym krzesłem ... to "robaki z naszej własnej skóry", jak mawiają Khmerowie ... młoty, siekiery, łopaty, plastikowe worki do duszenia, zaostrzone kije bambusowe, chropowate liście palmowe do podcinania gardła ofiar, główki noworodków rozbijane o pnie drzew - to tylko niektóre z ich metod unicestwiania bliźnich.
Wyjeżdżając z Phnom Penh, obieram kierunek - Mekong. Po tym co zobaczyłem i czego się dowiedziałem, nie za bardzo chce mi się pedałować. Czas na przemyślenia ... Wsiadam na łajbę, którą popłynę aż do ujścia życiodajnej rzeki w Morzu Południowochińskim.
Teraz Wietnam. Ha !! Wybieram się tam od dziesięciu lat i jakoś nie mogę dotrzeć. Gdy już wreszcie dotrę i wysiądę z łódki, odwiedzę na południu położony Sajgon i 1700 km. wyżej Ha Noi. Pomiędzy nimi zobaczę wietnamską wieś, na którą z całą pewnością wrócę na dłużej - tak na rok, dwa ... Jako, że jest to drugie (po Kubie), państwo moich marzeń, nie napiszę nic więcej. Muszę tam być, a nie o tym pisać !!

Czas podróży - 30 dni. Rowerem do przejechania 1500 km.

Przelot Królewskimi Liniami - Amman - Bangkok - 350 €
Dziesięć noclegów w hotelu - 20 € / doba
Kieszonkowe - 25 € / doba.
Pozostałe koszty z kieszonkowego

Wymagane wizy : Tajlandia, Kambodża, Wietnam

Etap III - Powrót.

Obiecałem sobie, że na temat powrotu napiszę pierwszą myśl jak mi przyjdzie do głowy. Zgodnie z tą obietnicą ... NIE WRACAM !!

A tak na serio, powrót to jakieś 90 dni. Z Ha Noi, chciałbym przenicować się do Pekinu, a stąd już prosto do Polski ... chyba coś mi się pomyliło z obliczeniami, może ktoś mnie skoryguje, ale wychodzi mi jakieś ... 10 tysięcy km ?? Jeśli się nie pomyliłem, to 2500 km pokonam rowerem. Kierunek Ułan Bator i Irkuck. Kolejne 5500 km to podróż koleją Transsyberyjską do Moskwy. Kilka dni na zwiedzanie miasta i przejazd pociągiem do Kiszyniowa. Tu impreza z przyjaciółmi rowerzystami ... a potem ... choćby potop !!

Potrzebne wizy : Chiny, Mongolia, Rosja

Kosztorys.
Przelot Hanoi - Pekin - 600 €
Sześć noclegów w Pekinie - 50 € / doba
Cztery noclegi w Ułan Bator - 30 € / doba
Kieszonkowe 30 x 25 €

Poza tym ... Koniec z marnotrawieniem pieniędzy !! Jako, że w większości wracam za swoje i na sponsoring nie mam co liczyć, muszę zacisnąć pasa ... ale zdradzę Wam pewną tajemnicę - na poprzednich kosztorysach dałem tak wielki okład, że spokojnie uda mi się wrócić nie wyciągając ani grosza z własnej kiesy.

Całość kosztów, dziewięćdziesięciu dni zakontraktowanej podróży, zamknęłaby się w pięciu tysiącach €uro.

Papa - do zobaczenia na szlaku.

Grzegorz „tcherpaq” Czorapiński

PS. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy dotrwali ze mną do czwartego etapu. Bawiłem się świetnie. Szkoda, że to już koniec ...

PS II. W poniedziałek, wylatuję na rowerową wyprawę dookoła Sardynii. Jedenaście dni w ciszy, spokoju i samotności. Życzcie mi powodzenia !!

wtorek, 15 marca 2011

Paris AD 2011 - odc. 4

Ostatnie dwa dni to szwędanie się po Paryżu. Z wielkich atrakcji zostały nam Katedra Notre Dame, Bazylika Sacré-Cœur, Łuk Triumfalny oraz les Champs Élysées. Wszystko inne, niestety pominęliśmy. Nasz minimalizm ograniczył się tylko do wielkich symboli Paryża.

Szofer, nie chciał podwieść nas do centrum ... szkoda.

Paryż jest o tyle ciekawym miastem, że gdziekolwiek się udamy, znajdziemy mnóstwo atrakcji. Tak było za każdym razem. Kilka razy pobłądziliśmy, ale było to mocno przyjemne. W pewnym momencie zaczęliśmy nawet prowokować takie sytuacje ... Wysiedliśmy z autobusu przy samej Katedrze Notre Dame, ale zanim do niej dotarliśmy celowo zgubiliśmy się kilka razy.
Katedra znajduje się na wyspie na Sekwanie, prowadzi do niej kilka mostów - my doliczyliśmy się sześciu, ale jest ich chyba więcej. Notre Dame - Nasza Pani, znana jest głównie dzięki powieści "Dzwonnik z Notre Dame" autorstwa Viktora Hugo. Najgorszy okres w historii katedry to Rewolucja Francuska, podczas której zniszczono jej zadaszenie. Rewolucjoniści chcieli ją rozebrać, ale dzięki podstępowi udało się ją zachować. Rozpuszczono plotkę o szkodliwości prac rozbiórkowych, podczas których uszkodzono by sąsiednie budynki. To powstrzymało antychrześcijańskie moce i zmieniono tylko nazwę ... bla, bla, bla ... rewolucyjny bełkot, i mamy "Świątynie Rozumu" ... jak nie kijem to pałą ;)

Z autobusu wysiedliśmy około południa ...

... ale chodząc w te i we wte ...

... przez kolejne mosty prowadzące na wyspę ...

... do katedry, dotarliśmy wieczorem ...

... a w stronę domu ruszyliśmy już nocą.

Bazylika Sacré-Cœur (Bazylika Najświętszego Serca) – to położony na szczycie dominującego nad miastem, wzgórza Montmartre kościół, z którego można oglądać piękną panoramę Paryża. Ciekawa jest jego historia sięgająca roku 1870. Wybuch wojny francusko-pruskej, był dla dwóch francuskich przemysłowców wielką tragedią. Poprzysięgli sobie, że jeżeli po wojnie ujrzą Paryż takim samym, jak przed wojną, to wybudują bazylikę ku Sercu Jezusowemu. Paryż został nietknięty, a przemysłowcy zrealizowali swoją obietnicę. W 1876 roku rozpoczęto budowę, która trwała 28 lat. Niestety wybuchła kolejna wojna - Pierwsza Wojna Światowa, która uniemożliwiła konsekrację. Poświęcono ją dopiero 5 lat później - w roku 1919.

Aby dotrzeć pod Bazylikę, musieliśmy pokonać całe mnóstwo schodów ...

... Weronika postanowiła je policzyć ...

... niestety już zapomniała ile ich było ;)

Panorama, bardzo spodobała się Magdzie, która o dziwo wyjęła aparat Zorkie 5 i zrobiła kilka zdjęć ;)

Zauroczeni "zawartością" wzgórza, obeszliśmy bazylikę dookoła i trafiliśmy na Place du Tertre, gdzie artyści malarze, zarabiają na życie portretując turystów. W pobliżu znajduje się L'Espace Salvador Dali - muzeum poświęcone Salvadorowi Dali. Szkoda, że nie zaszliśmy ...

Na tyłach bazyliki.

Bazylika widziana ze straganu malarza-portrecisty.

Tego dnia, wykonaliśmy najdłuższy paryski spacer. Schodząc ze wzgórza, poszliśmy obejrzeć Łuk Triumfalny - wilekie rondo, po środku którego postawiono pomnik na cześć Napoleona. Wśród napisów wyrytych na Łuku są nazwiska, polskich bohaterów wojen napoleońskich, oraz nazwy polskich miast upamiętniające odniesione zwycięstwa. Próbowałem też znaleść inskrypcję "Kilroy was here", pozostawioną przez amerykańskich wyzwolicieli. Nie znalazłem - trochę za szybko się poddałem ...

Łuk Triumfalny otworzył nam widok na Pola Elizejskie.

Avenue des Champs-Élysées (Aleja Pól Elizejskich), potocznie nazywana les Champs Élysées (Pola Elizejskie) – to reprezentacyjna aleja Paryża. Łączy Place de la Concorde (Plac Zgody) z placem Charles'a De Gaulle'a po środku, którego stoi Łuk Triumfalny. Pola Elizejskie to trzy kilometry szerokiej aleji, gdzie znajdują się liczne teatry, restauracje, kina i ekskluzywne sklepy. Raj dla kobiet ... Niśce najbardziej spodobał się sklep firmowy Walta Disneya ... szczęśliwie dla nas nie chciała nic kupić ;)

Mocny kontrast - ekskluzywny sklep i żebraczka przed wejściem.

Pola Elizejskie to najbardziej rowerowa aleja Paryża - od 1975 roku, jest metą finałowego etapu Tour de France, po którym odbywa się ceremonia wręczenia nagród. Może kiedyś wezmę udział ...
Aleja jest wymarzonym miejscem do uprawiania modnego ostatnio street photo. Nawet mnie, amatorowi udało się kilka kadrów ...

Początkowo zły byłem na pogodę, szaruga nie jest fotogeniczna ...

... ale szybko się przystosowałem i jestem zadowolony ze zdjęć.

I to już koniec mojej opowieści o pierwszym, rodzinnym wypadzie urlopowym. Paryż jest pięknym i przyjaznym miastem, zasługującym na większość opinii przyznawanych mu przez Paryżan, turystów i przewodniki. Z jednym tylko się nie zgodzę ... "Zobaczyć Paryż i umżeć" - stanowczo nie. Wolę zobaczyć Paryż ... i do niego powrócić ... tym razem na rowerze ;)

Gare Du Nord - tu wylądował Jaś Fasola na swoich wakacjach ...

... my również ;)

bye, bye Francjo !! Do zobaczenia ...

THE END.

czwartek, 10 marca 2011

Paris AD 2011 - odc. 3

Coś chyba za bardzo nagrzeszyłem, bo jakaś kiepska moja z b(l)ogiem rozmowa ... Jakoś nie chce mi się pisać. Nie chcem ale muszem - jak to mawiał nasz wieszcz narodowy TW "Bolek".

Trzeba kończyć marudzenie i brać się do roboty, bo czasu już mało. Do końca marca mam promocję na foto książkę, w której chcemy uwiecznić nasz pierwszy od lat, wspólny zagraniczny wyjazd ...

LUWR


Widok ogólny, od bocznego wejścia ...

... wejście główne to szklana piramida ...

... odwrócona od dołu.

Następny dzień to zwiedzanie, podobno największego muzeum świata - Luwru. Robi wrażenie jak jasna cholera ... przez pierwszą godzinę, a ta minęła nam ... na zakupie biletów. Mieliśmy trochę szczęścia z automatem biletowym. Stoi ich ze trzydzieści. Długo zastanawiałem się do którego podejść, w końcu decyzję ułatwiła mi duża instrukcja obsługi przy jednym z nich, na dodatek w zrozumiałym dla mnie lengłajdżu. Podchodzimy, czytamy i wszystko stało się jasne. Bilet kosztuje 10 euro za osobę, dzieci za darmo. Wkładam więc dwudziestaka w specjalny otwór ... i nic. No nieźle myślę sobie, ale wiocha. No kasę mi wcięło, trza iść reklamować. Ale jak się dogadać w tym dziwnym kraju ?? Naradzamy się chwilę ze ślubną, a w miedzyczasie automat wypluł nam bilety. Wyjmuję i okazuje się, że jest ich trzy. Jak nas policzył ?? Dziwimy się chwilę, oglądamy dokładnie bilety. Wszystkie takie same, ta sama data i godzina. Czaimy się jeszcze chwilę, podchodzi jakiś anglik do bileterni. Pytam czy potrzebuje bilet, bo mamy jeden za dużo i może chce odkupić ... W ten sposób zwraca nam się dychacz i do muzeum wchodzimy za dziesiątaka we troje. Poprawia nam to nieco humory ;)

W poszukiwaniu najcenniejszego malowidła ...

... natrafiamy, na nieco mniej cenne, ale atrakcyjniejsze eksponaty.

Zwiedzanie zaczynamy od ... no właśnie. Napaliliśmy się na tą Mona Lisę jak pies na jajka. Szukamy i szukamy. Wszystkie drogi mają zaprowadzić nas właśnie do niej, a my nie możemy jej znaleźć. W końcu po godzinie znajdujemy ... Ale kicha. Taka, mała popierdółka za pięciotonową szybą pancerną. Dostępu strzeże dodatkowo dwóch strażników uzbrojonych po zęby. No cóż ... Nie wiem co ludzie w niej widzą ...

Jestem nie czuły na jej uroki ;)

Pierwsza godzina mija szybko. Jesteśmy pod wrażeniem, takiego zagęszczenia sztuki jeszcze nie widzieliśmy. Włóczymy się i włóczymy, końca nie widać. Godziny mijają niczym przydrożne drzewa obserwowane przez ślimaka. Wreszcie nie wytrzymujemy, po piątym obrocie dużej wskazówki, nerwowo rozglądamy się za wyjściem. Zanim uda nam się do niego trafić, wskazówka, ruchem kołowym, otacza tarczę jeszcze dwa razy.

Zamknięci w tysiącach ścian, coraz chętniej spoglądamy za okno.

Kolejna atrapa wyjścia ;)

Postanowiliśmy się trochę rozerwać i udać się na przejażdżkę diabelskim młynem. Niestety cena skutecznie nas od tego odwiodła. 15 euro normalny i 10 ulgowy, to stanowczo nie nasz poziom cenowy.

Pozostało nam tylko popatrzeć, z bliska ...

... i z daleka. A fe, zdziercy !!

Wracając do domu, kupujemy trochę piwa i robimy imprezę z gospodarzami. My na stół alkohol, oni sery. Yves raczy nasze zmysły świetną muzyką. On jest akustykiem w Operze Paryskiej. Zna się na dźwięku ... Włącza nam Pink Floyd i do szczęścia nic więcej nie potrzebujemy ... Dalej nie pamiętam ...

Kolejny dzień mija nam na poszukiwaniu, głęboko zakamuflowanego Centre Georges Pompidou. To pokraczny budynek, w którym wszystkie instalacje zostały wyprowadzone na zewnątrz i pomalowane na różne kolory. Każdy odpowiada innej funkcji - niebieski to układ klimatyzacyjny, żółty - instalacje elektryczne, czerwony - cieplne, a zielony to wodociągi. Trzy najwyższe piętra tego "smoka paryskiego" zajmuje Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Omijamy je jednak, zaspokajając się parterem oraz placem w koło.

Szukając Centrum Pompidou, trafiamy w różne ciekawe miejsca ...

... idąc brukowaną ulicą ...

... docieramy wreszcie do celu ...

... wchodzimy do środka, korzystamy z toalety, rozglądamy się po wnętrzach i odpoczywamy.

U Niśki obserwujemy pierwsze objawy zmęczenia. Musimy chwilę odpocząć. Zjadamy obiad, pijemy gorącą herbatkę i udaje nam się zażegnać kryzys w zalążku. Po ponad godzinnym odpoczynku wychodzimy znowu na miasto. Szwędamy się bez większego celu, obserwując trochę ludzi i ich zwyczaje. Natrafiamy na most, gdzie przypiętych są tysiące kłódek z imionami zakochanych. Zainteresowani szalonym miłośnikiem ptaków, przycupnęliśmy na ławeczce, aby uchwycić w kadrze jego ornitologiczne zamiłowania.

Jak On to robi, że ptaki jedzą mu z ręki ??

Wśród paryskich zakochanych, nie brakuje też Polaków.

PS. Oczywiście tekst jest napisany pół żartem, pół serio. Wszystkie opisane atrakcje były naprawdę sympatyczne i wcale nas nie nudziły. Po prostu, jakiś marudny dzisiaj jestem ...

piątek, 25 lutego 2011

Une image par jour.

No i się złamałem, robię kolejne zadanie konkursowe. Chyba tak być musi, że najpierw się porządnie wkurzę, a potem jakoś idzie ...

Une image par jour - Jedno zdjęcie na dzień.

W pogoni za szybkimi aparatami i obiektywami, zanurzając się w otchłani parametrów technicznych, zapominamy o najważniejszym - o przyjemności fotografowania !! Dla wielu z nas, ta „przyjemność fotografowania” to właśnie parametry techniczne sprzętu fotograficznego ... 24 megapiksele, 8 klatek na sekundę, 12 krotny zoom, autofokus szybszy od Lucky Luke ... i jak największa pojemność karty pamięci. Z tygodniowych wakacji, przywozimy tysiące zdjęć ... z czego 99,9% natychmiast wyrzucamy lub powinniśmy wyrzucić do systemowego kosza. Sam w pewnym momencie, uległem magii tych liczb. W jak wielkim kanale się znalazłem, uświadomiłem sobie dopiero po kilku latach posiadania aparatu cyfrowego ... i zeskanowaniu kilku negatywów ze starej, poczciwej Leiki. Okazało się, że zdjęcia na kliszy miały w sobie to coś, były dobrze wykadrowane i opowiadały różne historie w spójny sposób. Pierwsze cyfrowe zdjęcia, aby wyglądały jako tako, musiałem kadrować, prostować i dokonywać wielu innych poprawek ... a i tak mnie nie zadowalały - są poprawne technicznie, ale nic poza tym. Wiedziałem, że od postępu nie ucieknę i jestem skazany na cyfrę. Zresztą, nawet nie w technologii upatrywałem swojego fotograficznego uwstecznienia. Na pewno nie w różnicy pomiędzy cyfrą a analogiem. To zbyt banalne.

Postanowiłem więc poszukać przyczyny. Wpadałem w coraz większe kanały. Często zmieniałem aparaty i obiektywy. Miałem różne systemy, traciłem wiele pieniędzy na „przesiadki”. Chwilę wytchnienia przyniósł mi Fuji S2 Pro. Zepsułem niechcący, główny wyświetlacz ... I to był pierwszy krok !! Okazało się, że robię lepsze zdjęcia, gdy nie widzę w trybie natychmiastowym, ich podglądu. Bardziej się wtedy przykładam do obserwowania kadru w wizjerze i na matrycy rejestruję nie wymagający poprawek obraz. Coś w tym musi być, do tego stopnia nawet, że w następnym aparacie zakleiłem ekran taśmą, żeby nie korciło spojrzeć. Dzisiaj już nie zaklejam, po prostu wyłączam podgląd zdjęć. Paradoksalnie, kolejnym krokiem do przodu było kolejne uwstecznienie się Gdzieś w wielkich piaskach Sahary zatarł mi się zoom i działał tylko autofocus. Od tamtej pory używam tylko obiektywów stałoogniskowych. I nie chodzi mi o powszechnie znane zalety takiego rozwiązania, czyli lepsza ostrość, mniejsze zniekształcenia i aberracje. Znowu zacząłem chodzić ... Konieczność podejścia bliżej lub cofnięcia się, zmusiła mnie do lepszej i wnikliwszej obserwacji tematu zdjęcia. Obiektywy zmiennoogniskowe strasznie rozleniwiają i odmóżdżają. A może niepotrzebnie się czepiam. Chyba jakiś dziwny jestem ... przecież mam zoom i go używam, na zdjęcie też spojrzę na wyświetlaczu ... czasem.

Kolejny uwsteczniający, krok naprzód wykonałem, gdy na jakiejś wyprzedaży kupiłem najgorszy aparat świata - nędzne cztery megapiksele, start trwający wieki, prędkość dwie i pół klatki na sekundę, bufor ze cztery rawy i zapis ze dwie minuty. To daje mi dużo czasu na myślenie. Dużo, ale nie za dużo. Jakby był jeszcze wolniejszy, to jeszcze bardziej bym go lubił. Ach gdybym tak, mógł zrobić jedno zdjęcie na dzień ... takie fabryczne ograniczenie. Wtedy pół dnia obmyślałbym kadr, a drugie pół czekał na światło. Przepraszam, poniosło mnie trochę ... Ach marzenia !! Zresztą, to i tak duży postęp - moja fotograficzna pauperyzacja odbiła się wreszcie od dna. Dzisiaj, prawie nie używam Photoshopa, a tylko firmowego oprogramowania do wywoływania RAW, gdzie manipuluję dosłownie trzema suwaczkami. W Photoshopie czasem coś wyprostuję, dodam ramkę, zmniejsze zdjęcie do internetu.. Nie powiem Wam jaki to aparat, bo wywołam wielki kryzys światowy ... ale pamiętajcie, że exif nie kłamie . Co jeszcze, chętnie popsuł bym w dzisiejszym, nowoczesnym sprzęcie ?? Szybkość zapisu zdjęć na kartę jest mi obojętna, podobnie z Live View i trybem video. Nie jest mi obojętna za to stabilizacja. Pozbyłem się wszelkiego sprzętu posiadającego ten zacny skąd innąd wynalazek. Dlaczego ?? Chodzi oczywiście o wstrząsy, ale nie te generowane przez ręce, a te pochodzące od sakw rowerowych. Większość podróży odbywam welocypedem, który gna po bezdrożach tego świata. Miałem kilka stabilizowanych aparatów i żaden, niestety nie wytrzymał trudów moich wypraw. Zawsze siadała stabilizacja matrycy. Koszty naprawy nieopłacalne, więc trzeba się było pozbyć tego wspaniałego, powodującego wielkie niedogodności udogodnienia.

Gdy mój najgorszy na świecie aparat, okazał się idealnym narzędziem w mojej pracy, dokupiłem jeszcze dwa stałoogniskowe kompakty tej firmy i od kilku lat, wreszcie mam co chcę. Jestem szczęśliwy ... chociaż nie do końca. Nic nie trwa wiecznie. Fuji postanowiło zainteresować mnie swoją nowością. Kupa hałasu wokół X100 i znowu będę musiał brać kredyt

A może by tak szanowne Fuji uszczęśliwiło mnie wypożyczeniem tego cacka na kilka dni ... od 28 marca do 8 kwietnia, mógłbym się nim zaopiekować na rowerowej wyprawie dookoła Sardynii Co Ty na to Fuji X100 ?? Chcesz ze mną jechać ?? Będzie fajnie ...


Zabrałem córkę na spacer do parku. Pomysł był taki, aby wykonać jedno dobre zdjęcie i tylko raz nacisnąć spust migawki. Udało się to w 33%, bo trzy razy nacisnąłem - nie mogłem się powstrzymać, ale dzięki temu mam trzy dobre zdjęcia Połączenie małej, dziewczęcej rączki i świeżych owoców, zachęcało mnie do dalszych wyzwoleń migawki, ale w porę oprzytomniałem, przypominając sobie artystę - malarza z filmu „Poszukiwany, poszukiwana” - p. Adamiec stworzył całą wystawę - setki dłoni Mnie, trzy wystarczą do stworzenia mojej opowieści.

Gdy zobaczyłem tego osiołka, wydawał się mówić, że jest osiołkiem jednej szansy. Pstryk i już, koniec pozowania. I dokładnie tak było, gdy moja zachłanność chciała go „ustrzelić” jeszcze raz, on zrobił ze mnie osła i przestał się ładnie zachowywać. Bardzo często z ludźmi jest podobnie - trzeba być od razu gotowym do tego jedynego ujęcia, bez powtórek.

PS. Oczywiście tekst ten, należy traktować z pewnym przymrużeniem oka. To taka, kolejna moja, mała prowokacja. Mam nadzieję, że zmuszę Was do zastanowienia się, choć przez chwilę. Nie klikajcie bezrefleksyjnie I Like ..

/Update/

Setka zdjęć - problem wyboru.

Dlaczego jeszcze lubię robić jedno zdjęcie zamiast stu ?? Przy jednym odchodzi problem wyboru, tego jedynego, najwłaściwszego.

Robiliśmy zdjęcia na imprezie rodzinnej, na dwa aparaty. Dzieci miały swoje zabawki, a dorośli bawili się w zabawy dla dorosłych. Robię zdjęcia swoim przedpotopowcem, On nowoczesną lustrzanką. Ani razu nie spoglądam na ekran, On za każdym razem. Docina mi - Masz, aż tak kiepski ekran, że nie chcesz nawet na niego spojrzeć ?? Ignoruję go. Potem długo, długo nic - łyk piwa. Kolejny atak - Może Ci się aparat zepsuł ?? Włożyłeś kliszę ?? - Kpi ze mnie. Idzie naładować baterię. Przychodzi z zapasową. Znowu nie wytrzymuje i zwraca mi uwagę. Tym razem z wyrzutami, że zachowuję się jak Mel Gibson w „Mavericku”, jak pokerzysta nie zaglądający w karty ... Po imprezie zgrywamy zdjęcia na komputer. Osiemdziesiąt dwa do sześciu. No !! Przegrałem ... tylko sześć zdjęć. Radość „pierwszego” była jednak chwilowa. Godzinę zastanawiał się, które zdjecia wybrać aby zaprezentować wszystkim. Zdjęć było może osiem, reszta to powtórki tych samych ujęć. A to zamknięte oczy, a to krzywo ... do tego nie trafiona ostrość. No i wreszcie wybrał. Przechodzimy do finału i prezentujemy zdjęcia zebranym, nikt nie wie, które jest czyje. Za moim głosów siedem, za jego - tylko dwa. Przeglądam wszystkie zdjęcia jakie wykonał, to był stanowczo zły wybór. Po raz kolejny musi postawić skrzynkę piwa