niedziela, 26 września 2010

Besarabska Jesień '10 Lublin-Przemyśl-Lwów-Tarnopol.

Jestem wreszcie w kraju. Po dwóch tygodniach drogi, zawsze doceniam swój dom. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej ;) Przeżyłem wiele ciekawych przygód i poznałem wielu ciekawych ludzi. Spróbuję opisać moją podróż w kilku odcinkach. Mam nadzieję, że spodoba się Wam opis i zdjęcia mu towarzyszące. Zapraszam.

Wyjechałem w sobotę rano pociągiem do Przemyśla. Byłem przekonany, że do Lwowa dotrę późnym wieczorem około godziny 23. Musiałem rowerem przekroczyć granicę w Medyce i pojechać jeszcze kilka kilometrów do Trzcińca na stację kolejową. Zapoznany w pociągu "przemytnik rabarbaru", wyprowadził mnie z błedu i wskazał autobus jako najlepszy transport do Lwowa. Udałem się więc na dworzec autobusowy, który znajduje się w bezpośredniej bliskości dworca kolejowego. Jakoś tak bez przekonania zapytałem kierowcę o możliwość przewozu roweru i moich bagaży. Bach ... udało się coś, co w polskich autobusach nigdy mi się nie udało. Zapakowaliśmy rower i bagaże na tylne siedzenie starego Ikarusa, kierowca kazał tylko przekręcić kierownicę, żeby nie wypchnęła tylnej szyby poklejonej taśmą klejącą. A może w ogóle tam nie było szyby ... tylko jakaś folia. Nie wiem, nie sprawdziłem tego do końca. Wszystko zapakowane więc ruszamy. Siadłem blisko swoich bagaży, żeby mieć je na oku i to był mój błąd. Silnik wcale nie okazał się najgłośniejszym elementem tego niby autobusu. Bezkonkurencyjny był wał, który tak skutecznie zagłuszał silnik, że nie było go słychać nawet podczas wjazdu pod solidną górkę. Większość pasażerów to niczym nie przejmujący się Ukraińcy, ale było też kilkoro przerażonych Polaków. Jedni ze stresu gadali jak najęci, inni nic nie mówili, a jeszcze inni jak zwykle w sytuacjach stresowych, obgryzali paznokcie. Zagadał mnie jakiś Polak:
- Panie. Czy my na pewno dojedziemy ??
Musiał mi powtórzyć pytanie kilka razy, bo nic nie słyszałem przez ten cholerny wał.
- Panie przecież to się na pewno zaraz rozpierdoli - gadał dalej.
Próbowałem go jakoś uspokoić, więc mówię:
- E tam, od razu rozpierdoli ... ten autobus tyle przeżył ... to przeżyje i ten kurs ... i wiele następnych ...
Chyba go uspokoiłem, bo się więcej nie odezwał.

Może i faktycznie autobus troche leciwy, ale bez przesady ;)

Dla mnie tak naprawdę jedyną wadą tego autobusu, była jego cena ;) No dobra, może nie cena ... tylko proporcja ceny autobusu do ceny pociągu, czyli 25 zł do 3,2 zł. Tak !! Bilet kolejowy z Mościsk 2 (ok. 10km za granicą) kosztuje 8 hrywien, czyli trzy złote dwadzieścia groszy !! Ale wada to pomijalna ;)
Szybko i sprawnie ląduję we Lwowie, gdzie czeka już na mnie Leonid z powitalnym, małym co nieco. Rozlewa szybko Balzam i pedałujemy na nocleg, żeby zostawić bagaże i wyskoczyć jeszcze na miasto.

Mój przyjaciel ze Lwowa - Leonid.

Leonid również jest rowerzystą, tyle że raczej maratończykiem itp. To wielki sportowiec !! Nocleg załatwił nam w swoim klubie sportowym. W wielkiej hali na strychu, było kilka wygodnych pokoi dla sportowców. Dziękuję Leonid.

Następnego dnia rano, wyruszam pociągiem do Tarnopola, gdzie zacznę już pedałować. Bardzo ładne i zadbane miasto. Tutaj poznaję ... hmm ... jak on się nazywał ... rowerzystę ;) z Klubu Aktywnego Wypoczynku. Kolega rowerzysta przejmuje rolę przewodnika po mieście. Nie pokazuje wszystkiego co chciałem zobaczyć, niestety ma tylko ze 20 minut czasu. Ale i miasto nie jest duże, więc spokojnie wystarcza. Na koniec wskazuje miejsce gdzie można smacznie i tanio zjeść. Rozjeżdżamy się serdecznie żegnając.



Wreszcie wskakuję na rower i jadę w kierunku Kamieńca Podolskiego. Gdzieś w okolicach wsi Krasne rozglądam się za noclegiem. Udaje mi się skorzystać z gościnności starego dziadzia i jego córki. Rozbijam u nich na podwórku namiot, dostaję wiadro wody. Wreszcie to co lubię.

Resztki twierdzy w Szatanowie

Czołg Wyzwoliciel - Czemierowce.

Wstaję rano. Piję herbatę, żegnam się z przyjaznymi gospodarzami i ruszam dalej. Dostaję od nich koszyk jabłek na drogę.

niedziela, 19 września 2010

Kartka z podróży.

Jestem w Kiszyniowie. Wspaniałe miasto. Wielka impreza rowerowa Velohora 2010 zaliczona. Kilka tysięcy rowerzystów jadących na HURRA nie zrobiło ani mi, ani nikomu innemu krzywdy. Podziwiam tych ludzi i dziękuję im za wieeeeelką gościnność. Wszystko co dotychczas wiedziałem i przeczytałem o tym kraju okazało się całkowitą bzdurą. To normalny, cywilizowany, piękny kraj. Wspaniali ludzie. Gościnność bez granic. Brak mi tego w Polsce ...

sobota, 11 września 2010

W drogę ...

No i wyruszyliśmy w drogę. Dwa tygodnie rowerowania po Ukrainie i Mołdawii. Oczywiście nie obejdzie się bez zmiany planów ;) Dzisiaj trasa wygląda całkiem inaczej niż początkowo. Po powrocie porównam czy udało się ją zrealizować. Wracam ok. 26 września. Życzcie nam powodzenia !!


Wyświetl większą mapę

MANIFEST NORMALNOŚCI !!

Pozwoliłem sobie zamieścić Manifest Normalności autorstwa JKM. Więcej na jego blogu.

" Hodowla Bydła - czyli:
MANIFEST NORMALNOŚCI
Dziwię się wam, ludzie....
...właśnie: czy jeszcze "ludzie"? Czy jeszcze na świecie rządzi Homo Sapiens - czy już tylko Homo Sovieticus, albo jego następca, Homo Europæus?
Od ponad stu lat "postępowcy" wmawiali w ludzi, że są tylko bydlętami, że właściwie niczym nie różnią się od zwierząt - a w jakiejś gazecie, bodaj "Wyborczej", przeczytałem tryumfalny artykuł, że "człowiek tylko czterema genami różni się od stonogi". I ta propaganda odniosła skutek: ludzie sami uważają się za bydło - i pozwalają traktować się jak bydło.
Być może różnica między człowiekiem, a zwierzęciem jest tylko kulturowa - ale jest. Fizycznie możemy się nie różnić, ale mamy duszę - czy jak kto chce nazywać tę cudowną cechę człowieka. Być może różnica jest mała - ale cała nasza kultura dążyła, by ją powiększać. Dzisiejsza anty-kultura stara się ją zminimalizować.
Różnica kulturalna między człowiekiem, a bydlątkiem, jest taka, że decyzje człowieka szanujemy. Decyzji bydlęcia nie. Bydlę trzymamy na postronku, bo może zrobić sobie krzywdę albo wejść w szkodę. Dorosły mężczyzna zaś ma prawo zrobić sobie krzywdę - a jeśli wyrządzi szkodę, to ma za nią zapłacić.
I to jest ta podstawowa różnica.
Jak dzisiaj jesteśmy traktowani przez rządy: jak ludzie - czy jak bydło? Jeśli ktoś każe mi zapiąć się pasem w moim własnym samochodzie - to traktuje mnie dokładnie tak, jak chłop traktuje krowę...
...to znaczy: traktował. Przepisy Unii Europejskiej, zdaje się, zakazują trzymania krowy na postronku; to ja w samochodzie muszę być przypięty. Na razie zapinam się sam, ale już niedługo będą automaty nasuwające na mnie pasy - i samochód bez ich zapięcia nie ruszy.
Krzywdy sobie zrobić nie możemy - ale za szkodę też nie płacimy: jesteśmy przecież (pod przymusem) ubezpieczeni.
Doi się z nas pieniądze - i za te pieniądze utrzymuje się całe stado - oraz szefostwo tej "Animal Farm". Jak już wiemy Szefowie usiłują zedrzeć z nas 83% zarobionych pieniędzy – i to ONI chcą wydawać je za nas.
Co zrobiłby Normalny Człowiek, gdyby ktoś przyszedł doń i powiedział: "Człowieku: ile zarabiasz? 3000? Świetnie! Daj mi z tego 2400, ja potrącę na siebie 600, a pozostałe 1800 wydam za ciebie - tak, że będziesz bardziej zadowolony, niż gdybyś sam wydał na siebie te 3000!" Co by zrobił Normalny Człowiek? Kopa w sempiternę - za drzwi!
Homo Europæus porykuje z radości, że ktoś chce się nim opiekować, i głosuje na takich, którzy wezmą mu jeszcze więcej pieniędzy - za obietnicę, że siano w żłobie będzie świeższe, niż do tej pory! Ma tylko jedną prośbę: by dawać mniej owsa koniom, a trochę więcej siana im, krowom.
A konie rżą na odwrotną melodię.
Rzygać mi się chce, gdy czytam, że "Rodzice hiszpańscy wyrazili radość, że rząd zajmie się problemem otyłości ich dzieci". Moja suka wykazuje więcej rozsądku: to ona karmi swoje szczeniaki i - mimo ufności - z pewną podejrzliwością patrzy, gdy im coś podtykam. A bydlę? Krowa zapewne się cieszy, gdy ktoś zajmuje się jej cielakiem...
Zgroza mnie bierze - bo na resztki normalnych rodziców spadają kolejne ciosy. Ostatnio "polski" "Rząd" szykuje ustawę karzącą grzywną - 5000 zł - rodziców, którzy nie zaszczepią swoich dzieci!! Tyle się pisze, że niektóre szczepienia mogą być szkodliwe - i nic! Nadal "rząd" wie lepiej, jak opiekować się moim dzieckiem. W interesie firm farmaceutycznych przerabia się ludzi na bydlęta. Ale gdyby nie było to w interesie firm farmaceutycznych - byłoby tak samo źle, tylko jeszcze głupiej.
Dzieci odbiera się rodzicom pod byle pretekstem – by w reżymowych szkołach chować je na janczarów, na „Pawlików Morozowów” - jak te szczeniaki odbierane psom na „Farmie Zwierzęcej”. A niedawno przeszła ustawa karząca rodziców za danie dziecku klapsa!
Bydło nie myśli. Bydłu serwuje się hasełka typu: "Wszystkie dzieci są nasze". Żadne z bydląt przecież nie pomyśli, że to oznacza; "Moje dziecko nie jest już moje; jest nasze". Co w praktyce oznacza, że to p.Minister je szczepi, je wychowuje... Cóż: szczeniak będzie moim psem, będzie mi służył - więc jest normalne, że to ja (a nie jego rodzice: pies i suka), decydują o tresurze. Ale żeby tak samo z człowiekiem?
Przecież gdy w 1901 roku rząd pruski postanowił zmienić tylko język, w jakim wykładany był jeden przedmiot (religia) nie zmieniając jego treści - we Wrześni wybuchnął strajk szkolny. Dziś kolejni ministrowie zmieniają treści programów, wedle swej woli wymieniają przedmioty - a rodzice to pokornie akceptują, liżąc dobrych panów po rękach - że tak dbają o ich dzieci.
Tak robi moja suka. Ale człowiek?
Dwa lata temu w USA, w Utah, dziecko było poddane chemioterapii. Po kilku miesiącach tej nieprzyjemnej kuracji, część lekarzy twierdziła, że już wystarczy - a część, że trzeba ją jeszcze kontynuować. Na nieszczęście wśród tych ostatnich był lekarz prowadzący (który miał przecież interes w kontynuacji - bo brał za to spore pieniądze...). Rodzice mimo to zabrali dziecko ze szpitala. Efekt: ścigała ich policja - i oskarżono ich o kidnapping!!!
Cóż: dawniej "kidnappingiem" było zabranie dziecka rodzicom. Teraz dzieci są "nasze", czyli państwowe; i rodzice bezczelnie ukradli państwowe dziecko, cudzą własność!
Co zrobi farmer, gdy byk z krową wyprowadzą, łamiąc ogrodzenie, swoje cielę z zagrody, gdzie on je umieścił? Przyleje obojgu bydlakom - a cielę umieści tam, gdzie on chce.
To właśnie robią z nami ONI.
Jeśli już jesteśmy przy zwierzętach: ONI mają jeszcze inne piękne hasełko: "Zwierzęta należy traktować tak samo, jak ludzi". Piękne hasło - dopóki się nie dojrzy, że jest ono równoważne hasłu: "Ludzi należy traktować tak samo jak zwierzęta". Dziś jest "wola polityczna" by staruszkom aplikować euthanazję; przecież dokładnie to samo robi się z innymi bydlętami - czy-ż nie?
Ludzie: czy jeszcze jesteście ludźmi - czy tylko bydlętami?
Oczywiście: zawsze większość ludzi chciała, by się nimi opiekować - byle dobrze. Szli więc dobrowolnie pod opiekę feudałów, wisieli u klamki pańskiej - i byli zadowoleni. Jednak dopiero d***kracja spowodowała, z ta Większość narzuciła swe obyczaje reszcie. "Ja lubię, jak mnie pod przymusem szczotkują i przycinają kopyta - to niech wszystkich pod przymusem szczotkują i przycinają kopyta".
Czasem mam wrażenie że ONI testują swoje bydełko, do jakiego stopnia już zgłupiało i można zrobić z nim, co się chce. Do czego innego mogą służyć takie pomysły jak "małżeństwa homosiów"? Jednak w miarę, jak to trwa i się rozwija, zaczynam mieć przerażające podejrzenie:
ONI, dwa pokolenia wcześniej ludzie inteligentni, wychowywali swoje dzieci w tych samych szkołach - i obecnie ONI, to... również bydlęta! Durne, tępe bydlaki marzące tylko żarciu, piciu i ekscesach seksualnych.
Widać to po sprawie "globalnego ocieplenia". ONI naprawdę wydają się wierzyć, w "zagrażające nam" ocieplenie! Choć przecież nie trzeba robić badań geologicznych: wystarczy wiedzieć, że "Grenlandia" to ląd, na którym ok. 900 roku kwitły cytryny - a, jak też wiemy, Europa nie została zalana przez ocean. Trzeba też być kompletnym kretynem, by uwierzyć, że lodowce Antarktydy, ogrzane z -40°C do -35°C - zaleją nagle cały świat.
A ONI – przynajmniej: niektórzy z NICH - wydają się sami w to wierzyć. Nadzorcy bydła stali się głupsi od chudoby, którą się opiekują...
Piszę to - po raz któryś powtarzając te myśli - jak rozbitek, który wrzuca papier w butelce w odmęt oceanu Internetu. Przecież gdzieś jeszcze są LUDZIE! Nie jestem na świecie sam, nie wszyscy jeszcze zbydlęcieli do cna, w niektórych tli się jeszcze iskra człowieczeństwa! Zbuntujmy się, do cholery! Obalmy ten system!
Jak można godzić się na ustrój, w którym bydlęta decydują o losie ludzi? Ja nie mam nic przeciwko temu, by ktoś chciał być traktowany jak nierogacizna - czyli żyć w "państwie opiekuńczym". Ale człowiek, który nie chce decydować o własnym losie, nie powinien w głosowaniu decydować o losie innych!
Bydło niech sobie porykuje - a my musimy żyć! Bydło myśli o pełnym żłobie - my myślimy w wyprawach w Kosmos. Przyszłość Ludzkości (jeśli ma przetrwać) zależy od tego, czy zwyciężą ludzie - czy bydlęta? Czy wygra Rozum - czy Liczba?
I nie ma tu znaczenia, czy rządzi, SLD, PiS, PO czy PSL; niezależnie od tego liczba urzędników rośnie, coraz więcej przepisów ogranicza naszą wolność... Jak długo możemy to znosić?
Na szczęście ten system już jest zgniły. Nawet bydlątka zaczynają rozumieć, że rządzące nimi świnie rozpiły się, zdemoralizowały - i nie są już od nich mądrzejsze. Koniec jest bliski. Musimy się więc z'organizować, by być gotowi do stworzenia zrębów Państwa Wolności - w momencie gdy gdy cała ta anty-europejska "Unia Europejska" zacznie trzeszczeć w szwach.
To już niedługo. Zacznijmy się szykować.
--- * ---
Więc, proszę Państwa: SZYKUJMY SIĘ !"

wtorek, 7 września 2010

Pierwsze urodziny małej dziewczyny.

Dzisiaj pierwsze urodziny Ariadny. Aria ma jeden roczek !! Jak na zawołanie dzisiaj zrobiła swoje pierwsze, samodzielne kroki ;) Spodobało jej się i już teraz szybko zacznie człapać bez naszej pomocy ... mam nadzieję.

Był pierwszy tort i byli pierwsi urodzinowi goście.

Tort od "Greli" - Polecamy.

Goście własni - również polecamy ;)

Ale jakby to nie jedna dzisiejsza mamusia zauważyła:
- Kij z chodzeniem !! - Teraz języki się liczą ... musimy tworzyć wielojęzyczne społeczeństwo !!

Tak, tak moi mili. Byłem ostatnio na zebraniu rodziców w żłobku i naprawdę nie dowierzam głupocie, co poniektórych mamuś. Jedna zaproponowała aby angielski wprowadzić od najmłodszej grupy. Czyli roczniaki miałyby się uczyć języka angielskiego !! Chwila, chwila - to nie koniec ... Za chwilę mamusie zaczęły się kłócić, o metodę jaką powinny być ich biedne dzieci uczone angielskiego. No wyszedłem normalnie ... nie tylko z siebie, ale i z zebrania. Ale zanim wyszedłem zdążyłem powiedzieć, że moje dziecko już na etapie embrionalnym miało lekcje angielskiego ...

Mały poliglota

Choć najśmieszniej chyba było przy wyborze trójki społeczników, czyli rodziców do zadań specjalnych. Hehehe. Chętni znaleźli się w pięć sekund, a może nawet szybciej. Później pani derektor pyta, czy pozostali rodzice akceptują wybór, bo wszyscy musimy go zaakceptować. Patrzę co się będzie działo ... kolejny las rąk w górze ... wszyscy akceptujemy wybór !! Wow. Chyba tylko ja jako element całkowicie aspołeczny nie udzielałem się w dyskusjach i wyborach. Wybrano więc za mnie ... znowu. buuuu ;) Ale jak można nie być aspołeczny w takim przypadku ?? Przecież nie mogę brać udziału w głosowaniu na kogoś lub przeciwko komuś, kogo nawet nie znam ... ale jakiś inny jestem, skoro wszyscy mogą to czemu nie ja ?? Ciekawią mnie tylko argumenty, za i przeciw danej kandydaturze. Czy głosujący kierowali się tylko wyglądem kandydatów ?? KURWA !! T A K !!

Jeszcze jeden ciekawy wątek zebrania w żłobku. Rytmika. Kolejne bezsensowne zajęcia dla rocznych (i mniej !!) dzieci. Chyba nawet sama Euroedukacja - monopolista w branży przedszkolnej - doszła do wniosku, że jest to bez sensu. Ale pieniędzy nie przepuściła. Zaoferowała nam - rodzicom, nie rytmikę, a muzykoterapię. Szczęście rodziców nie miało końca. Ich pociechy będą miały wspaniałą muzykoterapię !! A przecież czym jest muzykoterapia ?? ... podaję za Wikipedią:
"Muzykoterapia – dziedzina posługująca się muzyką lub jej elementami w celu przywracania zdrowia lub poprawy funkcjonowania osób z różnorodnymi problemami natury emocjonalnej, fizycznej lub umysłowej."
Moje dziecko zdrowe przecież jest !! Problemów zero, null. Podobnie jak i innych rodziców dzieci zdrowe są !! Wszyscy musieliśmy dostarczyć kartę zdrowia dziecka z przychodni lekarskiej. Zresztą jakie można mieć problemy w wieku lat ... jeden ?? Skoro są zdrowe to po co terapia ?? Chyba ta nazwa ... dla rodziców chwytliwa jest i tyle. Ładnie się nazywa, ładnie brzmi ...

... dwa dni temu, potrzebowała jeszcze pomocy ;)

Po co o tym wszystkim piszę ?? Bo dopóki nie jest to obowiązkowe to się cieszę i się z tego śmieję ... choć w praktyce nie wygląda to już tak śmiesznie. Pamiętam jak Weronika chciała chodzić na angielski w żłobku. Nie wiedziała o co w tym chodzi, ale płakała że pani nie zaprasza jej do zabawy. Może nie płakała, ale było jej bardzo przykro. Poszedłem więc kiedyś obaczyć jak odbywają się takie zajęcia. I tu zonk totalny !! Pani od angielskiego siadała na środku sali, a w koło niej rozsiadały się dzieci z opłaconym abonamentem za angielski. Dzieci bez opłaconego abonamentu siedziały pod ścianą i musiały być wtedy cicho ... bo inaczej przeszkadzały. Szlag mnie trafił, ale na angielski zapisałem ... Jakie jeszcze świńskie numery wymyślą, aby przekonać nieprzekonanych ?? ... może jednak lepiej by było, aby te zajęcia były obowiązkowe ?? Nie było by takich szopek przynajmniej. Póki co, nie zapisałem. Czekam, czekam aż mi ktoś powie :

STÓJ ELEMENCIE ASPOŁECZNY !! MUSISZ PRZEJŚĆ REEDUKACJĘ !! DOSTĄP I TY TEJ ŁASKI !! ...

niedziela, 29 sierpnia 2010

Za siódmą górą, za siódmą rzeką ... czyli blisko jestem, czy daleko.

Hehehe. Udało mi się dzisiaj wyciągnąć, niewyciągalną Magdę na spacer dłuższy niż do Stokrotki ;) Jak zwykle musiałem użyć podstępu i obiecałem, że będę gotował obiady przez najbliższy tydzień ... tylko jak to teraz odkręcić ?? W każdym razie dzisiaj zrobiłem i śniadanie i obiad. Nawet to przeżyłem ...

Może zdam się na profesjonalistów z Tamara Cafe?? ...

... a może jednak nie, bo według cennika stać nas tylko na danie wegetariańskie - w dodatku - nieświeże ;)

Na spacer udaliśmy się za siódmą górę i za siódmą rzekę ... ups ... przepraszam ... na lubelskie Stare Miasto. Z samą Niśką często chodzimy i dużo się włóczymy po Lublinie. Szczególnie w nocy ... Magdę i Arię wyciągnąłem pierwszy raz. Uff. Ciężko było ale dały radę ;)

Pierwszy przystanek, pod nikomu niepotrzebnym, nowym w chuj drogim pomnikiem solidarnościowych terrorystów. !! ZWIĄZKI NA POWĄZKI !!

Pomnik Pamięci Ofiar Lubelskiego Lipca '80 czy jak go tam zwą, to klasyczny przykład wyrzucania pieniędzy w błoto. Pomysłodawcy i realizatorzy zapomnieli o starej mądrości ludowej mówiącej, że lepsze jest wrogiem dobrego. Z ładnej, ekspresyjnej i skromnej pamiątkowej rzeźby robotnika, zrobiono wielkiego "robola" obok którego postawiono największy krzyż po tej stronie Wisły. Mają rozmach skur... a ja chyba nigdy nie zrozumie takich inwestycji.

Tak wyglądał pomnik przed popsuciem.

Najbardziej chyba znane miejsce Lublina to Plac Musztry, dzisiaj znany jako Plac Litewski. Wiele się tu działo. Oj wiele !! Stworzony jako plac parad wojskowych i innych uroczystości miejskich, zastąpił znajdujący się tutaj skład słomy. Miejsce to znamy z unii zawartej z Litwą, (1569r.) mającej na celu utworzenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Obelisk upamiętniający Unię Polsko-Litewską.

Niegdyś, za zaboru ruskiego w centralnym miejscu placu, postawiono cerkiew pw. Podwyższenia Św. Krzyża, później za zaboru austriackiego zamieniono ją na kościół garnizonowy. Dzisiaj stoi tu fontanna. Było wiele pomysłów dotyczących modernizacji fontanny, na szczęście żaden nie doszedł do skutku. Jest dosyć stara i mało atrakcyjna i można by coś z nią zrobić, ale stanowczo nie tym kosztem. Czytałem o planach utopienia w niej dwóch milionów złotych, a były to dopiero plany. W finale jak to zwykle bywa, była by to suma kilkakrotnie wyższa.

Zadowolona Niśka ...

... oraz Magda i Ariadna, na tle fontanny.

W 1918r. na placu tym przejęliśmy władzę od Austriaków. Czasy II Wojny Światowej to zmiana nazwy na Adolf Hitler Platz. Po wojnie postawiono wielki Pomnik Wdzięczności Radzieckiej, który całkiem słusznie w latach 90-tych usunięto. Szkoda tylko, że nie usunięto szpecącego pomnika bandyty na koniu.

Baobab (podobno posadzony w 1569r.) po lewej stronie to w rzeczywistości topola - najpopularniejsze miejsce ustawek w Lublinie. Jedyne co przeszkadza w krajobrazie to Juzio ze szpadą na koniku.

Po "Litwie", udaliśmy się na Starówkę. Deptak, który tam prowadzi zaczyna się przy Hotelu Europa, a kończy na Bramie Krakowskiej. Z roku na rok jest coraz mniej przestrzeni dla drepczących, gdyż coraz więcej zajmują ogródki piwne po obu jego stronach. Do pełnego kompletu brakuje tylko stoiska Avonu albo EuroBanku na samym środku. Ale kto wie ... wszystko przed nami.

Reprezentacyjny deptak Lublina.

Lubelski Hotel Europa to kopia warszawskiego Hotelu Europejskiego. Zmieniono chyba tylko skalę.

Po przejściu przez Bramę Krakowską i dalej przez Bramę Grodzką ukazuje nam się lubelski zamek. Dziwaczna to budowla. Pomimo pięknego usytuowania, taka trochę pokraka wśród zamków. Zamek założony wraz z powstaniem Kasztelanii Lubelskiej w XII w. przebudowany za panowania Kazimierza Wielkiego w XIV w. i całkowicie zniszczony w XVII w. No dobra - prawie całkowicie. Ocalały tylko kaplica i donżon. W latach 1824-1826 wybudowano całkiem nowy ... no właśnie, co ?? Na pewno nie zamek. Wybudowano więzienie, które dzisiaj dumnie nazywamy zamkiem. Teraz pytanie. Czy to na pewno pokraka wśród zamków, czy może cud wśród więzień ?? Dopiero od roku 1954 jest to zamek lub raczej "zamek", albo jeszcze ściślej siedziba Muzeum Lubelskiego. Nie zmienia to faktu, że warto odwiedzić jego wnętrza i mieszczącą się w jego obrębie Kaplicę Trójcy Świętej będącą wybitnym, międzynarodowym zabytkiem.

Zaraz po przejściu przez Bramę Grodzką, ukazuje się byłe więzienie carskie ...

... lub odwrotnie. Po wyjściu z więzienia, ukazuje się droga prowadząca przez Bramę Grodzką na Stare Miasto.

Podzamcze - niegdyś Plac Zebrań Ludowych, dziś Plac Zamkowy.

Może kiedyś znajdę jakąś legendę o tej studni ?? Hmm. Poszukam.

Dziedziniec lubelskiego "zamku". Studnia, donżon i Kaplica Trójcy Świętej. Ta ostatnia, niestety w remoncie.

Miło mi i przyjemnie obserwować zmiany w moim mieście. Tym bardziej, że zmierzają we właściwym kierunku. Szkoda tylko, że odbywa się to takim kosztem. Cała ta biurokracja, administracja, konserwator zabytków mnożą niepotrzebnie koszty. Zapewne prywatny inwestor zrobiłby to dziesięciokrotnie taniej. No cóż. Może kiedyś ...

Nie trzeba wcale jechać za siódmą górę i siódmą rzekę, aby odbyć bardzo miłą, daleką podróż.

PS. Wiadomość z ostatniej chwili. Wyjaśniło się dlaczego zaprzestano pomysłu z fontanną za dwa miliony !! Teraz chcą utopić co najmniej czterdzieści milionów i kompleksowo rewitalizować Plac Litewski. Ciekawe o ile wzrosną podatki miejskie w Lublinie ??

niedziela, 15 sierpnia 2010

Kusze 2010 - odsłona druga.

Plan A, to przejechanie całej trasy rowerami. Załoga kompletna czyli Magda, siedmioletnia córka Weronika, trzymiesięczna suka Mirra, 11 miesięczna córka Ariadna w przyczepce oraz Ja. Niestety wielkie oberwanie chmury zawróciło nas z drogi. Przemoczeni do suchej nitki wróciliśmy do domu po przejechaniu kilometrów dwóch. Fajnie było by mieć możliwość sterowania kurkami z tą cholerną wodą ... Niestety nie posiadamy takich mocy ... buuu ... Ale posiadamy wielką siłę dostosowawczą. Zmieniliśmy więc plany.

To był "mój pierwszy raz" w wielkim pociągu ...

... jego koło było większe nawet od mojej starszej siostry - Niśki ...

... później musiałam przesiąść się do następnego wielkiego pociągu ...

Czas na plan B. Wyruszamy następnego dnia z samego rana, korzystając z kolei naszych państwowych. Podwozimy się kilka kilometrów. Najpierw stalowa-lova, później przesiadka do Rudnika nad Sanem. Ariadna i Mirra pierwszy raz w życiu podróżują pociągiem. Najwidoczniej bardzo im się podoba bo są nieswojsko grzeczne. Udaje mi się wreszcie znaleźć też dowód na brak choroby lokomocyjnej naszego szczenięcia. Podejrzenie padło gdy podczas jakiejś podróży autem, zarzygała je w całości. Zarzygała tylne siedzenia, przednie siedzenia, narzygała do bagażnika, narzygała na mnie ... narzygała wszędzie ale nie do torebki. Moja ślubna wraz z mamusią swą, chciały nafaszerować bidne zarzygane maleństwo jakimś świństwem. Awiomarin bodajże. Tylko mój wielki protest, przed błędną próbą „regeneracji” błędnika powstrzymał wstrętne łapska samozwańczych „pań doktor” przed farmakologiczną inwazją małych białych wstrętnych piguł.

... mieliśmy więcej miejsca niż w poprzednim ...

... a gdy nasza podróż dobiegła końca, Niśka ucieszyła się że wreszcie siada na rower.

Z Rudnika chcieliśmy pojechać krótszą i atrakcyjniejszą drogą, ale niestety prom przez San przewożący miejscową ludność do miejscowości Bieliny, okazał się być nieczynnym. O wielkiej nieczynności małego promu, poinformowała nas przemiła siostra pana sternika, który to nie pracuje w szabas ani inne święta. Pojechaliśmy więc drogą na Przemyśl, ruchliwą jak jasna cho ... cho ... cho ... ... chociaż z drugiej strony, było to tylko 6 kilometrów. Daliśmy radę, ale nie polecam takich dróg do podróży z małym dzieciem zamkniętym w aluminiowej budzie, bez zderzaków czy innych systemów „bezpieczeństwa”. I tu przypomniała mi się rozmowa z pewnym panem poznanym na jedynej ścieżce rowerowej Lublina. Gdy się zobaczyliśmy jadąc z naprzeciwka, postanowiliśmy chwilę porozmawiać, wymienić doświadczenia. Krótka prezentacja przyczepek i ich zawartości ... Gdy ów pan zaczął bredzić o bezpieczeństwie, o testach jakim był poddawany jego model, pięciu gwizdkach ... czy tam gwiazdkach raczej, postanowiłem czym prędzej się oddalić. Jedyna moja refleksja była taka, że skoro nie posiadam dla Arii transportera opancerzonego, to taka przyczepka ma się ... nie rozpaść i tyle !! Testy czy gwiazdki nie mają najmniejszego znaczenia w starciu z siłą, pędzącej z prędkością 120 km/h, kupy żelastwa o wadze 2 ton. Ale ludzie lubią takie bajery. Pewnie niedługo będą montowali jakieś poduszki powietrzne i inne takie kurtyny czy jak inaczej je nazwą. Ich sprawa, byle znowu mnie do tego nie chcieli zmuszać !!

Jest mi tutaj naprawdę bezpiecznie ...

... i wygodnie ...

... w mojej przyczepce mogę nawet zjeść obiad ...

... po którym jestem bardzo szczęśliwa ...

... bo mama zawsze bierze mnie na ręce, aby mi się odbekło ...

... niestety, później trzeba znowu jechać ... tym razem po wertepkach.

Jakoś tak dziwnie szybko udało nam się dotrzeć na miejsce przeznaczenia. Szybko, pomimo iż gdziekolwiek zatrzymaliśmy się, miejscowi zlatywali się pooglądać kilkoro dziwaków na rowerach. Magda ciągnąca przyczepkę z Arią, Niśka na swoim zamałym, mocno dziecinnym rowerku i ja z równie dziwną przyczepką co eMka ... tyle że ...
- Ło, patrz. Ta druga jakaś wybrakowana ... jedno koło ...
Do tego jakieś dziwne torby z przodu roweru, dziwne torby z tyłu roweru ...
- O, kurwa !! ... pa, co tam z tyłu siedzi ...
A to przecież tylko Mirra wystawiała łeb z prawej tylnej sakwy.
Ogólnie śmiesznie i przyjemnie. Pozdrowienia, zaproszenia ... i dalej w drogę.

Pod sklepem w Hucisku, Niśka pokazała mi kolorową tęczę.

Następnego dnia mieliśmy pojechać do Krzeszowa na mała wycieczkę. Niestety mała awaria przyczepki wymusiła na nas słodkie lenistwo. W poniedziałek podjechałem z uszkodzonym kółkiem do serwisu w Biłgoraju. Na szczęście udało mi się przekonać właściciela do natychmiastowej naprawy ośki, co nie było łatwe „bo w sezonie tydzień trzeba czekać”. Po dwudziestu minutach wszystko było ok i szczęśliwy ruszyłem w drogę powrotną.

We wtorek osiągnęliśmy cel naszej wyprawy - szczepienie Mirry. Ono właśnie było sprawcą całego wyjazdu. Moglibyśmy oczywiście zrobić to w Lublinie, ale obiecaliśmy pani doktor, że przyjedziemy ... Początkowo nie zostaliśmy rozpoznani, ale po chwili ... suka rzuciła się na swoją poprzednią właścicielkę z zamiarem zalizania. Ucieszona naszą niespodziewaną wizytą pani doktor, zrobiła szybki zastrzyk. Chwila odpoczynku, chwila rozmowy. Pożegnanie ... do zobaczenia za rok ... na następne szczepienie znowu się tu wybierzemy.

Miruśka po szczepieniu była nie w sosie, nie chciała się ze mną bawić.

Następne dni mijały nam pod znakiem krótkich, ale jakże atrakcyjnych przejażdżek. Niby 20-30 km. to niewiele, ale jak przyjemnie obserwować postępy czynione przez Ariadnę i Mirrę. Są coraz grzeczniejsze, mniej marudne i coraz bardziej zainteresowane zmieniającym się wokół światem. Minął początkowy stres, widać że jazda sprawia im wiele przyjemności. Oby tak dalej. Nie chcemy zniechęcić dzieci i nie chcemy aby one zniechęciły nas ...

Tata przygotował wiele atrakcji, pokazał nam prawdziwą wieś ...

... a Niśka nawet stwierdziła, że chciałaby na takiej mieszkać.

Obejrzeliśmy bardzo miły film. Chyba pierwszy polski film o wampirach ... „Kołysanka”. Juliusz Machulski po ostatnich kilku wpadkach z „Ile waży koń trojański” na czele, znowu mnie zachwycił. Nakręcił arcysympatyczny film o rodzinie wampirów, której przybyciu na Mazury towarzyszy tajemnicza seria zaginięć. Jako że w niewyjaśnionych okolicznościach giną wszyscy możliwi mieszkańcy regionu (i nie tylko), okolica zyskuje nazwę Trójkąta Mazurskiego. Na szczęście okazuje się, że giną tylko chwilowo. Ofiary nie są zagryzane ani rozszarpywane na strzępki, jak bywa to w takich filmach, a lekko podgryzane po nogach. Po kilku tygodniach ciągłego podgryzania, resetują im pamięć i puszczają wolno. Takie krwiste, małe wampirze co nieco ... Polecam ten film, wreszcie coś nowego i oryginalnego. My również chętnie wyprowadzilibyśmy się na Mazury, tylko z czego my tam będziemy żyli ...

Może z rękodzieła ludowego ??

Pomiędzy przejażdżką, filmem a kolacją, zorganizowaliśmy dla dzieciaków konkurs na najgłupszą minę. Nagrodą miał być uśmiech kierownika, czyli mój odciśnięty w betonie komórkowym. Weronika sprosiła okoliczne kolesiostwo i się zaczęło ...

Na początek prezentacja ogólna ...

... później występy solo, najpierw najmłodsza Martynka ...

... później Agnieszka ...

... i Weronika ...

... chłopaki się nie bawiły z dziewczynami ...

... a jak ja widziałam ich wygłupy to też się chciałam przyłączyć ... ale one nie chciały. buuu

Dzisiaj wróciliśmy do domu. Początkowo chcieliśmy jechać do Stalowej Woli rowerami ... ale ledwo dojechaliśmy do Niska. Na przesiadkę mieliśmy dwanaście minut, a pociąg z Przeworska spóźnił się o dwadzieścia kilka. Na szczęście konduktor miał zaczarowany telefon, z którego zadzwonił do jakiegoś gościa coby wylazł na tory i nie pozwolił odjechać naszemu szynobusowi i jakoś udało nam się zapakować do ostatniego pociągu relacji home.

sobota, 14 sierpnia 2010

Moldova 2010 - ostateczny skład.

Po naradzie i większym namyśle postanowiłem, że jedziemy we troje z Gabryśką i Pauliną plus ew. Maciek, który pojedzie jeśli będzie znana dokładna droga powrotna i możliwości przewozu jego roweru. Myślę, że te trzy, cztery osoby to optymalna ilość na taką wyprawę. Mam nadzieję, że uda nam się nad sobą zapanować, co było by trudne lub wręcz niemożliwe w przypadku większej ilości osób. Może kiedyś zajmę się zarobkowym organizowaniem takich imprez i wtedy na pewno będzie pożądana większa liczba uczestników. Póki co, wszystkich zainteresowanych przepraszam i zapraszam na wspólne rowerowanie w przyszłym sezonie.

sobota, 31 lipca 2010

Pierwsze wspólne 20 km ...

Dzisiaj wielki dzień !! Zaliczyliśmy pierwszą tak długą jazdę we full składzie ... była i Niśka i eMka i Aria i nawet Mirra do sakwy wskoczyła ;) Pojechaliśmy sobie rowerami do Świdnika do komisu dziecięcego zakupić chodzik dla Arii. Jest to wprawka przed właściwą wyprawą rodzinną, którą zamierzamy uskutecznić już w przyszłą sobotę. Będziemy mieli do przejechania ok. 300 km w tydzień. Wcześniejsze obawy eMki zostały rozwiane po tym jak Aria przejechała te 20 km i nawet nie chciało się jej pomarudzić. Chyba się podobało ...

Aria przed wyjazdem, sprawdza gdzie sroczka kaszkę ważyła ...

I chyba nadszedł już czas na przedstawienie nowego członka naszej rodziny. Oto ona - znajda Mirra !!

... Mirra nawet nie wie, co ją dzisiaj czeka ...

Suka póki co bardzo nam imponuje swoją mądrością i posłuszeństwem. Ma 10 tygodni i jest absolutnie posłuszna. Rozumie więcej niż niejeden dzisiejszy studeant UMCS ;) Dotychczasowe straty są naprawdę pomijalne: jeden kabelek USB, jedna ładowarka NOKIA, jedna skarpeta ... prawa. Tyle szkód !! Nic więcej !! A tak się obawialiśmy nowego szczenięcia ... Obowiązki, pogryzione ciapy, buty, meble, kable ... No, oby nie przechwalić.

Ludzie pytają nas:
- Co to za rasa ??
A odpowiedź przecież może być tylko jedna:
- Kundel !!

Jakoś tak, przyzwyczailiśmy się do psów nierasowych. Kiedyś w młodości, może zależałoby mi na rasowych. Przecież jakoś trzeba się lansować ;) Ale dzisiaj ... Wg Pani weterynarz, od której dostaliśmy Mirrę, matka miałaby być labradorem, a ojciec coś z wyżłowatych. A że znaleziona w lesie, to nigdy nic nie wiadomo ;) Na pewno jest zdrowa i zadbana. I o to chodzi. A co wyrośnie, to już nieistotne. Zadatki ma na wspaniałego psa ...

... w drodze powrotnej - padła ...

Początkowo miała się nazywać Sara, jak moja ukochana, której następczynią po tragicznej śmierci została. Ale doszliśmy do wniosku, ze lepiej jednak zmienić imię. Nie będą się myliły i mniej będzie porównywana do poprzedniczki. Zaproponowałem Mira, a eMka dorzuciła jeszcze jedno "r" i wyszło Mirra. Chyba wszyscy wiedzą czym była biblijna Mirra ...

... padła pod sklepem. Na szczęście dla nas ...

Teraz zastanawiam się, w jaki sposób przewozić ją wygodnie na dłuższych dystansach ?? W przyszłym sezonie zaczniemy trening i zapewne da radę o własnych siłach. Ale teraz ... Ma ktoś jakiś pomysł ??

poniedziałek, 26 lipca 2010

Moldova '10

Wyprawa "Besarabska jesień 2010" nabiera odpowiedniego tempa. Jest nas już troje i wyruszamy 11 września.

Przedstawiam kawałek naszych planów.

Krótki zarys trasy:
Jedziemy pociągiem do Przemyśla. Wyjazd 11 września 7:04 z Warszawy Wschodniej. Pociąg jedzie przez Lublin, więc w nim się spotykamy (9:32 - Lublin). Zwiedzamy Przemyśl i nocujemy w schronisku młodzieżowym - 20 zł. 12 września wieczorem docieramy do Lwowa - ok. 100km. Następny dzień to zwiedzanie miasta. Tutaj byłoby dwa noclegi, w jakimś domu polskim - ok. 25-30 zł osobodoba. Wyjeżdżamy 14 września i mamy ok. 300km do Kamieńca, czyli jakieś trzy dni jazdy (ok. 10 godzin dziennie). Do Kamieńca docieramy 16.09 i następny dzień robimy sobie pauze, czyli zwiedzamy i odpoczywamy. Następny dzień to droga do granicy Moldovy i nocleg już w krainie wina (ok. 80 km). Później dwa dni drogi (ok. 260 km) od granicy do Kiszyniowa. Wynajmujemy jakiś pokój (ok. 20 $ osoba). 21.09 jedziemy do Tiraspola (ok. 80km) czyli stolicy Naddniestrzańskiej Republiki Moldovy. Z Tiraspola do twerdzy Akerman i nad morze Czarne mamy już tylko 120 km i zastanawiamy się nad powrotem. Albo do Odessy (ok. 100km) i powrót pociągiem przez Kijów itp, albo łapiemy jakiegoś stopa i wracamy kombinując.

Poza dużymi miastami, jak Lwów, Kiszyniów, Tiraspol śpimy na dziko, z czym nie będzie najmniejszych problemów. Większość posiłków również gotujemy sami. Myślę, że nie będzie problemu skorzystać z gościnności ludności miejscowej. To naprawdę gościnne narody.

Wszystko to jest czystym zarysem, bo po drodze jest wiele możliwości zmian. Możemy z Przemyśla dojechać autobusem do Czerniowiec i ominąć Lwów i Kamieniec, poświęcając więcej czasu na Moldove. Wszystko do ustalenia.

Jeśli jesteś zainteresowany(a) pisz, możesz do nas dołączyć.

Przedstawiam kilka moich starych zdjęć z twierdzy Akerman. Są one wykonane moim pierwszym cyfrowym aparatem, po zakupie którego przeżyłem całkowity kryzys twórczy ...

Widok od strony wejścia ...

... oraz z dziedzińca w stronę morza ...

... oraz w stronę lądu ...

... a także od strony morza.

A tak mniej, więcej wygląda to na mapie. Jeśli ma ktoś jakieś sugestie co warto po drodze zobaczyć, zwiedzić i gdzie się zatrzymać, z chęcią skorzystam i naniosę odpowiednie poprawki.


Wyświetl większą mapę